Buty z jabłka, winogron, kukurydzy czy trzciny cukrowej — idealne dla zrównoważonego mody. Źródło: Startupy Pozytywnego Wpływu. Ekosystem Zmiany. Raport 2024, Kozminski Business Hub
AGAZI to polska marka obuwnicza tworząca buty ze skór roślinnych — z jabłek, winogron, kukurydzy i trzciny cukrowej — w pełni zgodnie z założeniami ESG i zrównoważonego rozwoju. Rozmowę przeprowadza: Agnieszka Rutkowska.
Pracowałaś w międzynarodowych kancelariach prawnych, jesteś prawniczką z wieloletnim doświadczeniem i sukcesami, rokrocznie wyróżnianą w prestiżowych międzynarodowych rankingach prawniczych, a podjęłaś decyzję o odejściu z korporacji i prowadzeniu własnej marki obuwniczej. Kiedy był ten pierwszy moment, w którym pojawił się u ciebie pomysł na stworzenie własnej marki — i to na dodatek z tak nietypowych materiałów, jak skóry roślinne?
O tym, że charakterologicznie jestem osobą, która spełniać się może prowadząc własną działalność, właściwie wiedziałam od zawsze. Lata spędzone w korporacjach utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Dobrze odnajduję się w „poukładanych” organizacjach, cenię porządek, jasne zasady i poruszanie się w ramach tych zasad — to bardzo mi ułatwiało funkcjonowanie w korporacjach i to też powodowało, że się w nich tak dobrze poruszałam przez wiele lat. Ale nie czułam pełnego spełnienia.
Natomiast od dłuższego czasu miałam potrzebę działania „po swojemu” i w pełnej zgodzie z moimi wartościami, a to w pracy dla kogoś nie zawsze jest możliwe. Do tego mam ten, wyssany chyba z przysłowiowym mlekiem matki, entrepreneurship, ponieważ moi rodzice zawsze pracowali u siebie — prowadząc fabrykę obuwia, podobnie mój brat… Właściwie byłam jedyną osobą w domu, która miała taki „prawdziwy” etat, a to są zupełnie inne światy.
Dodatkowo, kilka lat temu przyszedł kryzysowy moment związany z ciężką chorobą mojego taty. Jego częste pobyty w szpitalu i konieczność wsparcia rodziny w trudnych dla nas chwilach wymagały ode mnie większej dostępności niż ta, na którą mogłam sobie pozwolić pracując w korporacji. Wtedy też utwierdziłam się w postanowieniu, że założę własną działalność, zupełnie inną niż to, czym żyłam jako prawnik.
I nagle tuż przed moimi 40-tymi urodzinami wszystkie te przesłanki się spełniły. Wtedy też moje dzieci zaczynały coraz mocniej wykazywać oznaki usamodzielnienia, ja uwierzyłam, że lepszego momentu na rewolucyjną życiową zmianę po prostu już nigdy nie będzie.
Dlaczego buty? Zawsze miałaś słabość do butów.
Uwielbiam buty. I do tego, od dziecka, prawie mieszkałam w fabryce obuwia — rodzinna firma jest oddalona od domu moich rodziców o niespełna 50 metrów. Mój brat niedawno przyznał, że trudno mu było zrozumieć moją decyzję, nie mógł pojąć kompletnie, jak ja mogę taką „superprawniczą karierę” poświęcać, żeby robić buty. On pracuje od lat w branży obuwniczej i wie dobrze, z jakim codziennym trudem się to wiąże. Jednak w kolejnym zdaniu tej samej wypowiedzi stwierdził, że jednak może trochę rozumie, bo „genu nie wydłubiesz”. No więc mnie pozostaje się tylko do jego słów przyłączyć i przyjąć, że z przeznaczeniem nie ma co walczyć.
Produkcja obuwia ze skór roślinnych — co skłoniło Cię do wyboru akurat takich materiałów? Jakie są ich zalety, a jakie wady lub trudności związane z produkcją?
Myśląc o własnej marce, od dawna było dla mnie jasne, że to będą buty. Natomiast uświadomiłam sobie, że jednym z powodów, dla których nie zrobiłam tego wcześniej, była moja niechęć do skóry odzwierzęcej. W ostatnich latach docierało do mnie coraz więcej informacji o roślinnych alternatywach do niej. Zaczęliśmy je w fabryce testować i szybko okazało się, że w dzisiejszych czasach technologia pozwala nam już kompletnie uniezależnić się od masowej hodowli zwierząt, bez kompromisu dla jakości, trwałości czy wyglądu materiałów. To dla mnie, jako entuzjastki ESG, było totalnym odkryciem.
Produkcja skór roślinnych pozostawia nawet 50-krotnie mniejszy ślad węglowy niż produkcja skór odzwierzęcych i zużywa co najmniej kilkanaście razy mniej wody. Dodatkowo, materiały te są produkowane w cywilizowanych europejskich warunkach, co dla mnie jest równie istotne. Posiadają certyfikaty potwierdzające ich bezpieczeństwo i brak substancji toksycznych, które często niezbędne są przy garbowaniu skór odzwierzęcych. Z każdą pozyskaną informacją i coraz głębszą wiedzą, mój zachwyt nad tymi materiałami tylko rósł. I choć oczywiście nie jest tak, że są w 100% idealne, to niemal w każdym aspekcie wypadają lepiej niż skóra odzwierzęca. A to był chyba ten brakujący element, ten puzzle do całości, którego mi brakowało do wystartowania z projektem AGAZI.
Nawiązując do technologii — wcześniej powiedziałaś, że skóra roślinna to innowacyjne rozwiązania, które pojawiły się całkiem niedawno na rynku. Trzy lata temu, kiedy zaczęłaś tworzyć koncepcję własnej marki, wiele z nich było nowością. Jak oceniasz sytuację obecnie?
Najbardziej fascynujące jest to, że w ciągu ostatnich nawet dwóch lat, od kiedy prowadzę AGAZI, technologie poszły do przodu do tego stopnia, że jeszcze trzy lata temu biomasy w skórze roślinnej mogło być 30-50% w danym produkcie, a w tej chwili testuję materiały, w których jest 80-90%, a nawet 100% roślinnego komponentu. Równie fascynujące jest to, że jestem pewna, że jeśli za rok zamówię próbkę od tego samego producenta, to bardzo możliwe, że otrzymam jeszcze bardziej ulepszony materiał. Rewolucja dzieje się w tym obszarze na naszych oczach i mam takie poczucie, że zwyczajnie fajnie w tej rewolucji uczestniczyć.
Ile czasu zajęło ci przygotowanie się do wejścia na rynek ze swoją marką?
Około roku dość intensywnych przygotowań. Oczywiście, gdybym miała trochę więcej doświadczenia w kwestiach technicznych, np. w stawianiu strony internetowej, automatyzacji procesów zakupowych czy komunikacji marketingowej, to być może mogłoby to zająć mniej czasu. Sporo robiłam i robię sama — dość mało kompromisowo chciałam, żeby marka wyglądała tak, jak to sobie wymarzyłam.
Słuchając ciebie, odnoszę nieodparte wrażenie, że podchodzisz bardzo rzetelnie i metodycznie do swoich wyzwań zawodowych. Przywiązujesz wagę do najmniejszych szczegółów…
Metodycznie — tak, bez dwóch zdań. Zanim zrezygnowałam z pracy, wzięłam urlop, zrobiłam kurs „How to start a shoebrand” na mediolańskiej uczelni z tradycjami obuwniczymi, a w moich działaniach nieszczególnie było miejsce na przypadki. Zanim cokolwiek zaczęłam robić, wyposażyłam się w kilka szczegółowych strategii działania i rozwoju marki, skonsultowałam je z kolegami i koleżankami z różnych działów doradczych firmy, w której pracowałam, posiłkowałam się też renomowaną zewnętrzną agencją kreatywną. Wydawało mi się, że bardzo dobrze to wszystko przemyślałam.
Dziś widzę, że te wszystkie strategie w ciągu pierwszego roku funkcjonowania AGAZI zmieniły się pięć razy, a oszczędności, z którymi zaczynałam, to kropla w morzu potrzeb młodej marki. Choć może to dobrze, że nie wiedziałam tego wcześniej, bo pewnie bym się przestraszyła i koncept AGAZI nigdy nie ujrzałby światła dziennego.
Rozumiem, że kluczową sprawą dla ciebie jest pełna transparentność działalności marki AGAZI i zapewnienie, aby ta marka była jak najbardziej zrównoważona?
Tak, zdecydowanie. Szczególnie, że o zrównoważeniu w modzie mówi się całkiem dużo, ale obuwie w tych dyskusjach pojawia się niezwykle rzadko. W branży modowej mamy do czynienia z olbrzymią nadprodukcją, a tylko 1% tekstyliów pokonsumenckich jest poddawanych recyklingowi. To znaczy, że cała pozostała część tego, co produkujemy, po prostu ląduje w śmieciach. Nie mówiąc już o tym, że słynny już ekwiwalent ciężarówki z niepotrzebnymi ubraniami co sekundę ląduje na globalnych wysypiskach śmieci.
Jeden istotny problem polega więc na tym, że ekstremalnie nadprodukujemy, a drugi, że odzieży, którą już nawet użyjemy, recyklingujemy tudzież upcyklingujemy skrajnie mało. A obuwie w sektorze odzieżowym na swoje niechlubne miejsce na końcu listy elementów garderoby, którym nadaje się „drugie życie” i jest jednocześnie najtrudniejsze do recyklingu z uwagi na to, że buty złożone są z wielu małych, często różnych elementów, które się różnie rozkładają i różnie re- i up-cyklingują. To, w moim przekonaniu, jeszcze bardziej powoduje, że powinniśmy krytyczniej spojrzeć na ten segment przemysłu odzieżowego pod kątem dążenia do jego zrównoważenia.
Wzloty i upadki startupowczyni — co poszło dobrze, chwile zwątpienia i momenty przełomowe?
Przełomem było rozpoczęcie tego przedsięwzięcia, szczególnie, że z bliskich mi osób większość odradzała mi ten krok. A już na pewno ci rozsądnie patrzący na życie. Ale jak już zaczęłam, to nie miałam takich przełomowych wzlotów ani upadków, choć momenty zwątpienia mam średnio co drugi dzień.
Mam jednak przed oczami cel, który sobie obrałam i który z każdego zwątpienia mnie podnosi — to stworzenie czegoś, co jest moje, zgodne z moimi przekonaniami, co ma realny pozytywny wpływ i co pokazuje, że „w buty” też się da w sposób zrównoważony. Choć nie jest to łatwe. Oczywiście ze wszech stron słyszę, jak niewiele startupów odnosi sukcesy… ale muszę ci się przyznać, że nie przyjmuję tego w ogóle do wiadomości, że projekt AGAZI miałby się nie powieść. Może jeszcze nie przyjmuję. Z natury jestem też osobą bardzo, że tak powiem „dowożącą” i ciągnącą do celu, więc wierzę, że akurat tutaj ta moja natura może mi pomóc.
Wiele rzeczy w firmie robisz sama?
Tak. I to jest z jednej strony świetne, bo każdego dnia odkrywam bezkresny świat e-commerce’u. Po pierwszym roku pracy nad tym projektem naprawdę myślałam sobie: wow, przez ponad 15 lat w zawodzie prawniczym nie nauczyłam się tak dużo, jak w ciągu tego jednego. Ale to też niezwykle wymagające energetycznie i intelektualnie zadanie, stąd czasami tęskni mi się za powtarzalnością i robieniem czegoś „z zamkniętymi oczami”, bez odkrywania Ameryki każdego dnia… albo i kilka razy dziennie. Dlatego z rozmarzeniem czekam na ten czas, kiedy AGAZI będzie mogła finansowo pozwolić sobie na zatrudnienie kolejnych osób i sprofesjonalizowanie przynajmniej niektórych obszarów działalności.
Rozumiem, że do tej pory wszystko finansowałaś z własnych środków finansowych, z oszczędności? Czy w tym względzie planujesz jakieś zmiany? Miewasz trudne finansowo momenty lub poszukujesz zewnętrznego finansowania?
Jak do tej pory tak, zasilałam AGAZI wyłącznie prywatnymi środkami. Zgodnie z pierwotnym założeniem, od swoich pierwszych urodzin AGAZI finansuje się sama, ale za tym idzie też wiele kompromisów. A co do trudnych momentów — szczerze mam wrażenie, że teraz mogę w takim być, bo marka AGAZI funkcjonuje już około półtora roku, ale ja nad nią pracuję już 2,5 roku. To jest taki czas, kiedy już sporo pracy, czasu, entuzjazmu i energii zostało włożonych w projekt. A zamiast profitów — jest wręcz zwiększone zapotrzebowanie na wszystko — i czas, i entuzjazm, i fundusze. Zwykle w startupach to jest ten moment, w którym pojawia się zwątpienie — jestem świadoma, że taki moment trzeba przebrnąć. W ostatnim czasie zaczęłam więc coraz mocniej pracować nad pozyskaniem inwestora dla AGAZI, który wesprze projekt zarówno finansowo, jak i merytorycznie.
Zrównoważona i odpowiedzialna moda to temat, który ostatnio dość często gości w mediach. I w takim kontekście zaczęła również pojawiać się nazwa AGAZI. Coraz więcej osób dokonuje świadomych, przemyślanych wyborów zakupowych. Czy obserwujesz tendencję wzrostową wolumenu sprzedaży w swojej firmie?
Marka AGAZI faktycznie bardzo pozytywnie została przyjęta zarówno przez rynek polski, jak i zagraniczny. To powoduje, że wieść o AGAZI i o jej specyfice bardzo ładnie się niesie i oczywiście to ma też przełożenie na sprzedaż. Przyznam, że w ogóle, kiedy tylko otworzyłam sklep internetowy i zobaczyłam pierwszego maila z potwierdzeniem złożonego zamówienia, pomyślałam sobie: wow, ktoś zamówił moje buty, jakie to jest super uczucie! I to był pierwszy moment, w którym poczułam, że chyba zrobiłam coś fajnego.
Drugim takim momentem, który doładował mnie radością, było pierwsze zamówienie, które dostałam ze Stanów Zjednoczonych. Myślałam sobie: Jakim cudem? W jakim świecie żyjemy, innym niż jeszcze 10 lat temu, że parę miesięcy po tym, jak otworzyłam sklep, jakiś człowiek ze Stanów Zjednoczonych wszedł na moją stronę i zamówił mój produkt. Okazuje się, że zamówienia ze Stanów Zjednoczonych i z Wielkiej Brytanii spływają teraz w miarę regularnie i to naprawdę jest coś, czego nie miałam w żadnej mojej strategii. Ba, nawet w marzeniach nie szłam tak daleko. Jeśli więc mówimy o sprzedaży, to faktycznie tutaj jestem wręcz zachwycona tym, że jest ona dość regularna, całkiem przewidywalna, a klientela daleko wykroczyła poza granice naszego kraju, co oczywiście zwiększa możliwości skalowania sprzedaży.
Jeżeli mówimy o startupach pozytywnego wpływu, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czym jest ten pozytywny wpływ i zrównoważenie przy prowadzeniu marki modowej oraz czym on jest specyficznie przy prowadzeniu marki obuwniczej?
Marki, które chcą być zrównoważone jest coraz więcej i one w większości idą w kierunku wpływu na środowisko. Dla mnie to też jest istotny filar całego projektu, ale wydaje mi się, że trochę za mało się podkreśla te elementy poza-ekologiczne, czyli to, co w ESG stoi za „S” (social) i „G” (Governance). Tworząc markę AGAZI wiedziałam, że chcę pójść szerzej, że nie chciałabym, aby to była marka „ekologiczna”. Dla mnie jest bardzo istotne, żeby podkreślać to, że zrównoważenie to też kwestia pozytywnego wpływu tego co robimy na społeczeństwo, które nas otacza, w którym funkcjonujemy. Dlatego, w produkcji i pozyskiwaniu surowców bardzo dużą wagę przykładam do tego, aby pochodziły one ze sprawdzonych źródeł, aby przy ich produkcji nie pracowali ludzie w warunkach sprzecznych z zasadami bezpiecznej i godnej pracy, dzieci gdzieś na Dalekim Wschodzie, czy też kobiety w ciąży. Nie mniej istotne jest to, by produkcja odbywała się lokalnie i wspierała tym samym lokalne fabryki produkcyjne. Chciałam również, aby element „S”, czyli „Social” przejawiał się w wykorzystaniu widoczności marki do promowania bliskich mi wartości.
Jeśli chodzi o „G” z ESG – tu zależy mi bardzo też na tym, aby być transparentnym w zakresie biznesowym, wiedzieć, że się poprawnie i terminowo rozliczam z organami podatkowymi, kontrahentami i pracownikami/czkami. Ze swoimi dostawcami i współpracownikami staram się pracować na zasadach, które są zwyczajnie fair.
Czy coś jeszcze zawiera się Twoim zdaniem w definicji zrównoważonego obuwia?
Wydaje mi się, że zrównoważone obuwie to jest coś, czego na rynku bardzo brakowało. Bo to jest obuwie, które poza tym, że spełnia wymogi zrównoważenia, o których mówiłam wcześniej, pomaga konsumentom nie „nadkonsumować”, bez zauważalnego kompromisu dla ich wygody. A żebyś nie konsumowała w nadmiarze, musisz mieć buty, w których będziesz chodzić. Abyś z kolei mogła w nich chodzić przez dłuższy okres, to one muszą składać się z jak najmniej szkodliwych dla człowieka i dla środowiska materiałów, być trwałe i wygodne, mieć możliwie niezobowiązujący i ponadczasowy design, który wpisze się w wiele stylizacji.
Znów, wszystko po to, abyś częściej je nosiła i aby mniej leżały w szafie. W ten sposób ostatecznie kupisz jedną parę butów, a nie pięć, bo każda pasuje Ci do innej letniej sukienki. Takiej definicji i głębszego zrozumienia zrównoważenia w sektorze obuwniczym ja do tej pory nie widziałam. Być może jest, nie mówię, że jestem jedyna, ale wydaje mi się, że jest to chyba największy walor tego, co robię, bo mam wrażenie, że w tym zakresie to jest jednak coś mocno nowego.
Na zakończenie jeszcze jedno pytanie. Skąd nazwa AGAZI?
Na początku roboczo nazwałam projekt w ten sposób dlatego, że to był skrót, z którego korzystałam w prywatnych mediach społecznościowych. Kiedy poprosiłam agencję kreatywną o zaproponowanie jakiejś ciekawszej lub bardziej trafiającej do odbiorców nazwy, wrócili do mnie z całą prezentacją przekonującą, że właściwie to jest najlepsza nazwa, jaką oni są w stanie przedstawić. Stwierdziłam więc, że skoro nie ma lepszego pomysłu, to niech zostanie. A teraz słyszę, że się całkiem podoba. To cieszy, choć nazwa, szyld czy wizytówka nigdy nie miały dla mnie kluczowego znaczenia.
Rozmowa odbyła się w maju 2024.
Źródła
1. Startupy Pozytywnego Wpływu. Ekosystem Zmiany. Raport 2024, Kozminski Business Hub
